Pora kończyć dzieło. W ubiegłym roku z powodów zdrowotnych nie przejechałem żadnej nowej gminy. Ogólnie – mało jeździłem. Trasa gotowa od dawna, trzeba jechać. Mina nietęga, bo z formą jest tak sobie. Dystans około 1800 km. Kiedyś „no problem”. Dzisiaj – nie wiem, czy jadę na dwa tygodnie, czy na trzy, czy jestem w stanie to przejechać. Życie pokaże. Oby tylko mi jakiejś czerwonej kartki nie pokazało. Rower obładowałem sakwami napchanymi do granic możliwości, bo nie wiem na jak długo jadę i jaka może być pogoda za trzy tygodnie. Okazało się, że ciuchów było stanowczo za dużo, podobnie elektroniki (ładowarki, powerbanki, kabelki, akumulatorki). Namiot zabrałem ten większy, a więc cięższy i upierdliwy w rozbijaniu. Dało mi to wszystko później popalić na lekkich nawet podjazdach.
Pierwszy dzień, wiadomo – wyruszam w euforii. Jedzie się! „Mijał lasy, czarne chmury, jechał szybko było z góry…” Bywało też pod górę. Przed Chęcinami wykończył mnie podjazd. Trudno – ambicja do kieszeni i pchamy. Pierwszy i ostatni raz na tym wyjeździe. Dojechałem do Bocheńca koło Małogoszcza. Rozbiłem namiot nad Wierną Rzeką, piękne miejsce, świetna kąpiel w rzece. Pierwszy dzień się udał, dał dawkę optymizmu. Jadę więc – pierwsza gmina dopiero gdzieś na pięćsetnym kilometrze – jest co robić. Ale… dawno temu ktoś zamieścił na forum zdjęcie pod tablicą z nazwą miejscowości Koniec Świata. Spodobało mi się od razu. To przysiółek wsi Głuszyna. Będę przejeżdżał blisko, więc zmodyfikowałem troszkę trasę – zrobią sobie takie zdjęcie. Czwartego dnia na tę Głuszynę się skierowałem. Upał, górki jakieś, jadę, jadę…jest Głuszyna. Wchodzę do sklepu, pytam panią sprzedawczynię gdzie tu ten koniec świata mają. Zdziwienie! Od urodzenia tu mieszkam – o żadnym końcu świata nic nie wiem. Ależ jak to, w Internecie piszą, no niech pani popatrzy – pokazuję ekran telefonu. No tak – ale to nie ta Głuszyna!!! Przyjechałem nie do tej Głuszyny co trzeba!!! Ta odpowiednia jest sześćdziesiąt kilometrów dalej, całkiem nie po drodze. Odpuszczam. Dopiero pod koniec dnia sytuacja wydała mi się zabawna, bo początkowo zły byłem na siebie okrutnie. Może w drodze powrotnej, a może w innym terminie to zdjęcie będzie. Pod wieczór poszukuję miejsca do biwaku. Minąłem Oleśnicę, jakoś nie widać żadnego przyjaznego miejsca. W końcu w Dobroszycach- jest przy drodze duży dom, chyba trzy lub czterorodzinny, jest duży plac porośnięty trawą – nic, tylko namiot tam ustawić. Pukam do drzwi, otwiera młody człowiek w wieku studenckim. Wyłuszczam sprawę. Ależ oczywiście, nie ma problemu. Przez okno pokazuje gdzie najlepiej się rozbić. Gdyby pan potrzebował herbaty, czy kawy, to może pan na nas liczyć. Przecież trzeba sobie pomagać. Chwilę później przyszedł pomóc mi w rozbiciu namiotu. Wywiązała się fajna rozmowa. Odchodząc ostrzegł mnie: tu za chwilę przyjedzie moja mama z pracy, to proszę jej powiedzieć, że uzgodnił pan wszystko z Łukaszem. Nie mylił się. Niebawem usłyszałem: proszę pana kim pan jest, co pan tu robi!? Przedstawiłem się, wyjaśniłem – uśmiech na twarzy kobiety. A, to w porządku, a skąd pan, a dokąd pan… chwila rozmowy – poszła. Po chwili znowu Łukasz: mama zaprasza na kolację. Zjedliśmy spaghetti, długo rozmawialiśmy, udostępnili łazienkę… Pani Małgorzata i Łukasz. Trzeba sobie pomagać.
Następnego dnia już Wołów – pierwsza z serii gmin. Wieczorem odwiedziny w Lubinie u Państwa Wąskich. Rano wspólne śniadanie i dalej…
Dalej, dalej, przybywa gmin. Rosną upały. Kumuluje się zmęczenie. Stal jazdy już nie ten co drzewiej.
Częściej postoje, piwo bezalkoholowe w klimatyzowanym sklepie. Gdy trafił się przystanek autobusowy w cieniu, z ławeczką – kładłem się niekiedy na kwadrans, czasem uciąłem drzemkę.
Zawsze się opłacało, jednak jakaś regeneracja następowała, przez jakiś czas było łatwiej.
Trochę denerwuje mnie mój namiot. Gdy dojeżdżam na biwak zmęczony, spocony, rozkładanie go w trwającym jeszcze upale jest mocno niemiłe. Ze trzy dni pod rząd spałem „pod dachem”. Chyba po powrocie schowam ten namiot gdzieś głębiej na półce.
Namiot, który chyba pójdzie w odstawkę. Tutaj – rozbity w Bocheńcu nad Wierną Rzeką
Maszt radiowy w Klepaczce – 365 m. Prawie dwa razy wyższy był ten pod Gąbinem, ale się przewrócił w 1991 roku.
Jadę przez gminną wieś Brzeźnica. Uwagę przyciągają umieszczone przy drodze drewniane rzeźby
Pomnik nieznanego rycerza w Brzeźnicy
Jeszcze mniej znany rycerz
Para królewska w Brzeźnicy
Góralka Czadecka
Gdzieś przed Krosnem Odrzańskim na dużej prędkości zjeżdżam z jezdni na tzw. ścieżkę rowerową. Skręt w prawo, w lewo, tylne koło łapie jakiś żwir, uślizguje się … gleba. Rower cały, ja w zasadzie też, ale na lewym przedramieniu dużo zdartego naskórka, dużo krwi. Opłukuję wodą z bidonu, zakrywam rękawem, dopiero w mieście znajduję aptekę. Pani w aptece opatruje mi to jako tako, sprzedaje środki opatrunkowe, octanisept. Goić zaczęło się dopiero po kilku dniach, już w domu. Na szczęście nie bolało i zdezynfekowane było dobrze. W trakcie upadku „hamowałem” między innymi przodem kasku. Dobrze, że go miałem na głowie, bo inaczej hamowałbym czołem, nosem i okularami.
Krosno Odrzańskie – to znaczy, że już powoli zbliża się koniec mojej trasy. Jeszcze trochę na północ od Zielonej Góry, później skręt na wschód w kierunku ostatnich gmin, w kierunku domu. Dom. Lubię te swoje wyjazdy, swoje włóczęgi, ale lubię też powroty do domu, do swoich bliskich, do swojej Dulcynei. Siłą rzeczy przyspieszam wtedy, wydłużam dzienne przebiegi. Jeszcze tylko kilka gmin, kilka tablic z imionami kobiet. Po zakończeniu wyjazdu tych nowych tablic przybędzie pięć . Te tablice to nowy motyw na wyjazdowe zbieractwo, ale traktuję to luźniej niż zdobywanie gmin. Nie mam ciśnienia, że muszą być wszystkie. Nawet nie wiem ile ich może być – na pewno mniej niż gmin.
Mijam gminę Trzebiechów. Przedostatnia. Jeszcze Niechlów i gotowe. Do tego Niechlowa mam jednak jeszcze ponad 60 km drogi. Taki pusty przebieg, bo ostatnio gminy układały się jedna po drugiej. Jadę i czas się dłuży. Wątpliwości – czy będzie tablica oznaczająca początek gminy. Ostatnio było ich mniej niż mijanych gmin. Zdjęcie tej ostatniej mieć muszę. Jeśli nie będzie oczekiwanej tablicy, dołożę kilka kilometrów, odbiję na miejscowość Niechlów i sfotografuję tablicę z nazwą miejscowości. Jadę, wjeżdżam ponownie w dolnośląskie … jest tablica. Jest fotografia. Jestem w ostatniej gminie! Nie słychać fanfar, z nieba nie leci złote konfetti! Co jest? Świat nie zauważył?
Pod spodem ostatnio zdobyte gminy w kolorze jasnoniebieściutkim i mapka trasy z dni 22.06 – 05.07.2025
Niżej link do mapki aktywnej